6/26/2017

Rozdział 12

Gamisch-Partenkirchen, 31 stycznia

Geiger
Po długich (trwających aż 15 minut!) i burzliwych naradach z moimi najdroższymi Freundami, doszedłem do wniosku, że stosownym zachowaniem z mojej strony będzie zaproszenie Melissy na małe, sylwestrowe przyjęcie naszej drużyny pierścienia. Chociaż pewnie i tak wszyscy skończymy na jednej sali z imprezowiczami z innych kadr. Żeby tylko Papa Schuster się nie dowiedział co się tam będzie działo... Dokładnie co roku, sytuacja wygląda tak samo - godzina 1.30, a my grzecznie w łóżeczkach leżymy. Te szlaufy stwierdziły, że w tym roku jednak nie będzie mocnych na Mariolę Niemoli, a czujność Wernera się jakoś uśpi. Skoro tak chcą, ja się chętnie dostosuję. Największą imprezową konkurencją dla nas, będą Polacy, ale ich to nawet nie ma co ścigać!
W okolicach godziny 17, w holu pojawiła się moja przyjaciółka. Odstrzeliła się jak rakieta, więc pewnie nie tylko mi będzie ciężko oderwać od niej wzroku. Gdy tylko mnie zobaczyła, uśmiechnęła się nieśmiało i przytuliła się.
- Cześć, imprezowiczko - zaśmiałem się.
- Witam - uśmiechnęła się szczerze.
Nie musiała długo czekać na uwagę reszty, bo po chwili co po niektórzy ślinili się do niej jak pieski, czekające na dobre  jedzenie. Doskonale wiedziałem, że żadna mi to konkurencja - Eisenbichler i Leyhe zajęci, a Ruchard Richard wie jak wygląda sytuacja. Zresztą on stałości nie szuka, poszukując swej jedynej na klubowych parkietach. Po pewnej chwili przypałętał się jeszcze Siegel. Wolno, bo wolno, ale kulejąc to o lepszy wynik ciężko.
- Więc Ty jesteś ta słynna Melissa... - zaczął.
- We własnej osobie - wyszczerzyła się, unosząc dumnie głowę.
- Bardzo miło Cię poznać, fajnie, że spędzisz z nami czas - wtrącił Wank.
- Będzie super zabawa - zagaił ponownie David, a ja tylko zagryzłem wargę.
Nie podoba mi się to. I to bardzo.

Melissa
Zabawa rozpoczęła się o 21, ale w okolicach 22.30, już wszyscy byli rozkręceni na dobre. Przetańczyłam swoje, znajdując coraz to nowszych partnerów do zabawy, z przeróżnych nacji. Oczywiście, nie obyło się bez łamania kilku próśb Karla. Pierwsza mówiła coś o piciu z Polakami. Mój przyjaciel zamartwiał się, że mnie przepiją. Niedoczekanie! Spędziłam z nimi dobrą godzinę... Świetni z nich ludzie, a do ich muzyki bawiłam się chyba najlepiej. Gdy tylko Horngacher nie patrzył, Żyła spod stołu polewał jakieś swoje specyfiki. Nie wiem co to było, ale działanie miało podobne do soku z gumijagód. Bawiłam się dzięki temu przednio, jednak po kilku kieliszkach musiałam przystopować i się przewietrzyć. Podziękowałam grzecznie i wstałam, w poszukiwaniu mojego przyjaciela. Nie było go ani z Richardem, ani z Andreasami. Pewnie po kątach się kryje z jakąś lalą, żebym nie widziała. Zaśmiałam się sama do siebie i wyszłam na taras. Był sporych rozmiarów, a widok, na rozlegające się góry, był iście cudowny. Zobaczyłam przy barierce Davida, więc ochoczo do niego podeszłam.
- Nie zamulaj, młody - dźgnęłam go w żebra.
- Przypomnę, że jesteśmy w tym samym wieku, młoda - uśmiechnął się.
- Czemu się nie bawisz? Jest tak fajnie!
- A tak jakoś - mruknął.
- No chooodź, ze mną nie zatańczysz?
Westchnął głośno i podał mi rękę. Popędziliśmy na parkiet, bawiąc się w szybkich rytmach niemieckiej muzyki dyskotekowej. Siegel był dobrym tancerzem, więc wywijaliśmy brawurowo. Gdy piosenka się skończyła, w tłumie wypatrzyłam twarz Geigera. No wreszcie. Uśmiechnął się do mnie porozumiewawczo, trzymając kieliszki z szampanem w rękach. Faktycznie, zbliżała się północ. Skinęłam głową w stronę wyjścia na taras. Byłam trochę zgrzana, ale mówi się trudno - wtedy już nie myślałam o konsekwencjach niczego, co mogę jeszcze zrobić. Chłopak odłożył szkło na stojący w rogu stolik i przykrył mnie kurtką.
- Rozchorujesz się - zganił mnie.
- Oj tam, oj tam - machnęłam ręką z nonszalanckim uśmiechem.
Na zewnątrz zgromadziła się już duża grupa zainteresowanych fajerwerkami, więc zaczęło się i odliczanie.
10...9...8...7...5..4..3..2..
I stało się coś czego bym się nie spodziewała. Usta Karla spoczęły na moich. W całym tym rozgardiaszu, odwzajemniłam pocałunek, stając lekko na palcach. To wszystko działo się tak szybko...



*** 

Wracam. Czy na dobre? Nie wiem.
PS: Andrzej też już się pisze, więc dostałam jakiegoś magicznego kopa.

5/06/2017

Rozdział 11

24. grudnia

Melissa
Coroczne święta odbywały się w moim rodzinnym Durach. Akurat sobie umyśleli... W tym roku przynajmniej pozytywem i motywacją do spędzenia tu dłuższego czasu jest Turniej Czterech Skoczni. Oczywiście, chodziło się za młodu. A raczej dopóki mieszkał z nami tata. Później mi to niesamowicie zbrzydło. A szkoda, bo może poznałabym ciekawych ludzi dużo wcześniej. Obiecałam Karlowi, że chociaż w Oberstdorfie się pojawię. Lotta też upiera się, że pójdzie ze mną, więc będę miała więcej niż mniej bawienia się w opiekunkę. Jak gdybym tego nie robiła przez dużą część czasu spędzonego z moją siostrą...
Postanowiłam, że muszę się wybrać na świąteczne zakupy. To już ostatni dzwonek, w końcu jest 23 grudnia. Muszę wybrać coś dla domowników, ale też dla Geigera. Bianka i Ruth już dostały swoje upominki, a ja nie zostawię mojego jedynego przyjaciela płci męskiej bez prezentu.
Mama pożyczyła mi samochód, więc swobodnie mogłam pojechać do centrum. Parę drobnych sklepów na tym zadupiu mamy, chociaż tyle.
Poddałam się chwili konsternacji nad tym, co może być odpowiednim prezentem... Nawet nie spodziewałam się, jak trudny może być wybór prezentu dla faceta. No bo co ja mu kupię?

Bluza? Ma ich dużo.

Kubek? Oklepane.

Płyta? Blisko, choć to jeszcze nie to...

No myśl, Melissa geniuszu.

W pewnym momencie moją uwagę przykuła FIFA17, zaraz na wystawie witrynowej. Przecież to będzie absolutny hit! Weszłam szybko i kupiłam jeden egzemplarz. Kamień spadł mi z serca, bo prezenty dla reszty już nie będą niczym trudnym w porównaniu do tego. Jakieś drobiazgi, ale przydatne. No i wszyscy zadowoleni.




Geiger
Wigilia. Wyjątkowy dzień, jedyny taki w roku. Magia tego święta niby powala, ale nie mogłem w tym roku w to wszystko się wpasować... Jakoś nie uśmiechało mi się odgrywać pięknej roli dobrego synka mamusi i tatusia, ale jak mus to mus. Zapakowałem starannie prezenty, by mogli udać choć ciut zaskoczonych. Verena, gdy tylko zobaczyła, że siedzę bezrobotny na kanapie, to momentalnie znalazła mi zajęcie.
- Karle, przecież jest tyle rzeczy do zrobienia, a Ty się obijasz... Nakryj chociaż do stołu, bo Luci wypatruje pierwszej gwiazdki.
Kiwnąłem tylko głową bez przekonania i powlokłem się do kuchni po naczynia i sztućce. Szybko poszło, więc aby siostra nie miała pretensji, uciekłem do swojego pokoju. Rozłożyłem się na łóżku i westchnąłem głośno. Pasuje komuś wysłać życzenia.
Do: Meli
"Wesołych Świąt, maluchu! Spędź je dobrze, ale nie przejedz się, bo w drugi dzień świąt musisz mieć miejsce na ciut jedzenia od mojej mamy. Do zobaczenia :*"
Zrobione. Teraz z czystym sumieniem mogłem iść świętować. Przebrałem się w elegantszą koszulę i zszedłem na dół. Na szczęście ostatni przy stole nie byłem. Wygrałem wyścig z Luci, która właśnie w podskokach wracała z podwórka, by oznajmić nam fantastyczną nowinę - pierwsza gwiazdka już świeci! Zrobiła dość złowieszczą minę, ale co ja się będę bał 8 latki? Mama od razu nas skarciła, bo tata zaczął się robić głodny. Dopiero po grzecznej modlitwie pozwoliła nam zasiąść do stołu i pałaszować jej przysmaki. Co jak co, ale jej kuchnia była moją ulubioną. Może trener Schuster nie będzie zły, jak zjem jedno ciastko więcej. 


26. grudnia

Melissa

Stanęłam przed drzwiami domu Państwa Geigerów. Trzęsącą się dłonią nacisnęłam dzwonek. Spokojnie, dasz radę. Na moje szczęście otworzył Karl i chwała mu za to. Nie miałam ochoty od razu zostać rzucona na pożarcie smokowi jego mamie. Z jego opowiadań wydawało mi się, że jest to wyniosła kobieta, kochająca rodzinę ponad wszystko. Nie pomyliłam się ani trochę.
- Wejdź - powitał mnie szelmowskim uśmiechem i zaprosił do środka, pomagając zdjąć mój płaszczyk.
Wzięłam głęboki oddech i zrobiłam kilka kroków w przód.
- To jest Melissa, moja przyjaciółka.
- Dzień dobry - powiedziałam, nieco speszona.
Podeszłam do Frau Geiger i dałam jej kwiaty, a Herr Geiger otrzymał butelkę wina. Wydawał się o wiele bardziej serdeczny niż żona. Po chwili podeszła do mnie drobna dziewczynka.
- Cześć, mam na imię Luci! - podała mi rękę, obdarzając przesłodkim uśmiechem.
Wręczyłam jej czekoladę, za którą zostałam niespodziewanie przytulona. Byłam zaskoczona, ale odwzajemniłam jej przyjazny gest.
- Vereny dziś niestety nie ma, pojechała do swojego chłopaka - szepnął do mnie Karl, gdy zasiadaliśmy do stołu.
Kiwnęłam lekko głową.
- A więc Melisso, czym się zajmujesz na codzień? - spytała jego mama, nakładając mi ciasto.
- Studiuję zarządzanie, na LMU*.
- Co planujesz w przyszłości?
Męża, dzieci i bandę kotów.
- Nie wiem jak się wszystko potoczy, ale myślałam nad pracą w jakiejś większej organizacji, jeśli uda mi się dostać na staż.
- A czy...
- Juliane, dość - wtrącił pan Hans. - Dziewczyna się tylko przestraszy, a chyba tego nie chcemy.
- Nie, w porządku - uśmiechnęłam się speszona.
Kobieta i tak cały czas wręcz pożerała mnie wzrokiem. Czujnie śledziła każdy mój ruch i słowo, jakbym jej kogoś zabiła. Jego ojciec był całkowitym przeciwieństwem. Bardzo uśmiechnięty, wręcz żartowniś, obdarzony niesamowitą inteligencją. Śmiem twierdzić, że Karl wdał się bardziej w niego.
Czas w domu Geigerów upłynął mi nieubłaganie szybko, ale też przyjemnie. Mimo pewnych widocznych zgrzytów, częściowo przyjęli mnie jak swoją. Luci była wniebowzięta, kiedy że chciałam obejrzeć jej kolekcję lalek. Wow. Taka to ma dobrze... Pod koniec mojej wizyty, Karl złapał mnie za rękę i zaprowadził do swojego pokoju, gdzie rzekomo czekał mój prezent.
- Taka mała niespodzianka. Wiem, że bardzo chciałaś mieć ponownie kociaka, ale nie mogłaś się zebrać. Chciałem też, żeby zapełnił to puste miejsce obok Ciebie, kiedy mnie fizycznie nie ma - powiedział i wyciągnął z koszyczka małą, puchatą kulkę.
Momentalnie zaszkliły mi się oczy i wzięłam zwierzaka na ręce, całując szybko przyjaciela w policzek.
- Kotka czy kocurek? - spytał zaciekawiony.
- To chyba Ty powinieneś wiedzieć - zaśmiałam się, podnosząc do góry. - Koteczka.
Westchnął teatralnie, ale po chwili rozentuzjazmował się.
- A damy jej imię z naszej ulubionej bajki?
Jego maślane oczy patrzyły na mnie błagalnie. Jak przedszkolak.
- Błagam, Karl. Nie wypominaj mi naszych seansów! - zrobiłam obrażoną minę. - Nala?
Kiwnął głową, a ja wiedziałam, że to doskonała decyzja.


***

Kolejna przerwa, ale cóż ja poradzę. Dziś trochę przysłodziłam, mam nadzieję, że zadowoleni. Zauważyłam, że zmniejszyła się ilość czytających, co mnie niezmiernie smuci, ale co poczniem:/ Zostawiam was z tym. Enjoy xx







4/15/2017

Rozdział 10

Geiger
Wreszcie powrót do domu. Czekałem na to przez ostatnie tygodnie. Nawet teoretycznie będąc w Niemczech, po zawodach w Klingenthal, zostaliśmy na miejscu, by jeszcze potrenować przed Lillehammer. Ale już teraz będzie święty spokój na kilka dni, święta i Turniej Czterech Skoczni. W sumie to też dość rodzinne okolice, więc to nawet lepiej. Mutti pewnie się mocno stęskniła, bo na Luci i Verenę nie mam co liczyć. Ja wiem, że wy wiecie, że wiem, komu jeszcze mnie brakuje. I właśnie po tą osóbkę zmierzałem w to piękne, grudniowe popołudnie. Po co ma się tłuc busem, skoro mamy ten sam kierunek jazdy? Do tego miałem dla niej małą niespodziankę gwiazdkową. Często mówi, że tęskni, więc będzie miała swego rodzaju alternatywę. Podjechałem​ pod blok i wysiadłem z samochodu. Po chwili otworzyły się drzwi klatki, a zza nich z walizką wytoczyła się Melissa Voller. - Jest i on - powiedziała dumnie. Podszedłem do niej i mocno ją przytuliłem, próbując obkręcić ją dookoła. Stanęła na palcach i poczochrała moje włosy. - Tak się nie bawię - zaśmiałem się. Spakowałem jej bagaż, a po chwili oboje siedzieliśmy w pojeździe. - I jak tam studia? - Radzę sobie. Trochę tego dużo, ale jest dobrze. - To się cieszę. Zdolna jesteś, więc sobie poradzisz. - Och, bo się zarumienię - zaśmiała się, odrzucając włosy do tyłu. Zawsze skromna. Wsadziłem do radia płytę, po czym podkręciłem głośnik. Po chwili popłynęła ulubiona muzyka Meli. Na dźwięk Rammstein, aż jej się ogniki w oczach zaświeciły. - O Boże, Karl! Ciekawe po kim masz taki dobry gust? - Zapewne po Vattim, mama woli klasykę. Minęło ponad półtorej godziny, zanim dotarliśmy pod dom Vollerów. Duży, nowy budynek, w kolorze kości słoniowej. Coraz lepiej idzie mi rozpoznawanie kolorów! Melissa przysnęła, więc delikatnie pogłaskałem ją po ramieniu, by ją obudzić. - Jesteśmy na miejscu. Powolnie otworzyła oczy i się przeciągnęła. - Błyskawicznie. - Jak spałaś, to oczywiste, że błyskawicznie. Pomogłem jej się wywlec z bagażami do domu. Były ciężkie, a ta mała, "silna i niezależna", nie dałaby rady ze wszystkim, mimo, że by chciała. - Może wejdziesz? Jakaś herbata, kawa? - zaproponowała. Aż żal nie skorzystać. - Nie będę przeszkadzał? - Coś ty! Wciągnęła mnie za rękę do środka. Ja tylko lekko pociągnąłem walizkę i zamknąłem za sobą drzwi. Wewnątrz panował wielki porządek. Mieszkanie urządzone było w nowoczesnym stylu. Szybko do mojej nogi przydreptał mały szczuro-pies, prawdopodobnie jakiejś egzotycznej rasy. Zaraz za nim pojawiła się Charlotte i reszta domowników rezydencji Państwa Vollerów. - Ciocia i wujek! - krzyknęła mała, rzucając się w ramiona Melissy. Frau Voller spojrzała zaskoczona na córkę, a później na mnie. To wyrażało więcej niż 1000 słów. - Uprzedzę pytanie, nie jesteśmy razem - wtrąciła szybko dziewczyna. - Nadal? - zaśmiała się Ingrid. Meli to chyba chciała zabić ją wzrokiem. Ja delikatnie zagryzłem wargi i spuściłem głowę. - Ta... To może ja już pójdę - mruknąłem, próbując wymknąć się z niezręcznej sytuacji. - Absolutnie! Przyjaciele Melissy są dla nas jak rodzina! Rozgość się, ja zaraz zrobię Ci coś ciepłego. Jej mama, to chyba najmilsza osoba na tej Ziemi. Ojczym też wydał się bardzo przyjazny, więc nie rozumiem, dlaczego Ona ma do nich taki dystans. Melissa uciekła gdzieś do swojego pokoju, mną zajęli się Jej rodzice. Powiem wam - świetnie... Usiadłem przy stole, a po chwili na moich kolanach pojawiła się Lotta. - Wujek, a zostaniesz u nas? - spytała, patrząc na mnie maślanymi oczami. - Muszę wracać do domu, do Oberstdorfu, bo moja mama też pewnie za mną tęskni. Ale jeszcze przyjadę, obiecuję! - Dobra... - spuściła smutno głowę. - Chociaż... Wiesz co? Mam pomysł. Momentalnie się ożywiła. Uff... - Przyjedziecie do mnie na skoki, co Ty na to? - Pewnie! - krzyknęła i mocno się do mnie przytuliła. - Rozczulająco - westchnęła Melissa, opierając się o futrynę drzwi.


***

Dziś nieco krócej niż zwykle, ale postaram się wynagrodzić w kolejnym/nych. Zostawcie po sobie ślad. Enjoy xx 

4/02/2017

Rozdział 9

"Rozłączeni - lecz jedno o drugim pamięta, (...)
Wiem, kiedy płaczesz w cichej komnacie zamknięta"
~ "Rozłączenie", Juliusz Słowacki

Melissa
No i pojechał do tej całej Finlandii. Dotąd to najbardziej kojarzyłam ją z jednego trunku... Ale cóż. Teraz, oglądając ją okiem kamerki telefonu Geigera, mogę zobaczyć to jakby od drugiej strony. Tej bardziej zwariowanej. Mimo mrozu, o którym słyszę non-stop, bawią się dość dobrze. No tak, w końcu Niemcy.
Po dzisiejszych zajęciach, postanowiłam wybrać się do Ruth. Poznałam ją zaledwie kilka dni temu, gdy pod numerem 7 odbyła się mała posiadówka. Kulturalnie, bez żadnego chlańska. Aż dziwne jak na nich. Nie wiem która bardziej się wstydziła z początku, lecz wydaje mi się, że ja. Szybko jednak podłapałyśmy jakieś tematy i wspólny język się odnalazł. Jest tak miła, że aż trudno jej nie lubić! Do tego obiecałam Andiemu, że gdy go nie będzie, to ja muszę się zaopiekowac jego dziewczyną. Ach, jaki nagle opiekuńczy...
Po drodze wstąpiłam tylko po jakieś owoce do spożywczaka. Gdy Ingrid była w ciąży, jadła ich mnóstwo. Myślę, że Ruth też dobrze zrobią. To takie chuchro, że nie wiem jak ona będzie nosiła taki spory ciężarek, jakim jest dziecko.
Gdy dotarłam na Kohlstraße, od razu blondynka wpuściła mnie do niewielkiej kamienicy. W całości należała do jej rodziny.
- No witam Panią - ucałowała mnie w policzek.
- Hej - uśmiechnęłam się pogodnie i zawiesiłam płaszczyk na wieszaku w salonie.
Od razu wyłożyłam zakupy na stół, a dziewczynie oczy wybałuszyło.
- Przecież nie musiałaś, Melissa! - wydusiła.
- Ale chciałam. Musisz jeść dużo witamin, bo Wellinger senior mnie dopadnie.
- A więc to tego ancymona plan - zaśmiała się.
- Dla Waszego zdrowia, aż szkoda się nie przyłączyć!

Geiger
Niesamowicie się cieszę, że dostałem powołanie do kadry na ten sezon. Ciężka praca popłaca, trzeba przyznać. Schuster powiedział, że pokłada we mnie nadzieje, więc nie mogę go zawieść za nic.
Powtarzałbym sobie tą mantrę w kółko i jeszcze dłużej, ale do pokoju wparował Markus, gwałtownie stając nade mną.
- Halo, Ziemia? - potrząsnął moim ramieniem.
- Czego dusza pragnie?
- Ja, Ty, Wellinger i spacer.
- Brzmi romantycznie - zaśmiałem się.
Zebrałem dupsko z łóżka i zarzuciłem kurtkę oraz czapkę. W końcu trzeba się wziąć do życia, a nie tylko marnego egzystowania, jako duży, rudy człowiek. Wyszedłem szybkim krokiem na recepcję, gdzie czekali już moi towarzysze.
- To na kluby! - krzyknął Eisenbichler, a Młody pięknie i entuzjastycznie mu przytaknął.
- No chyba się Wam, drodzy koledzy, w głowach poprzewracało - spojrzałem na nich pobłażliwie. - Mam Ci Wellinger przypomnieć, jak się ostatnio schlałeś?
- Ale Mutti! To było w październiku i już się nie powtórzy - zrobił minę zbitego psiaka.
Oj nie, jestem twardy i na mnie to nie działa.
- Mam zadzwonić do Ruth? - zażartowałem.
Od razu spokorniał. Grzeczne dziecko.
- To chociaż ulepmy bałwana, błagam... - westchnął głośno Markus, przypominając o swojej obecności.
- Ulepimy dziś bałwana, no chodź zrobimy to! - włączyłem się śmiało, pchając go w zaspę.
- O nie! Na to się nie godzę!
Cała nasza trójka zaczęła się okładać śniegiem. W efekcie, po 15 minutach przemoknięci i zmarznięci wróciliśmy do hotelu. Dzięki Bogu, Schuster nas nie widział. Oj, byłoby źle... Postanowiłem jak najszybciej udać się do pokoju, by zaspokoić potrzebę napicia się ciepłej herbaty. Wygrzebałem jedną torebeczkę z walizki. Pachniała jakby maliną i imbirem, więc obstawiam właśnie taki smak. Rozsiadłem się przy biurku i odblokowałem telefon.

2 nowe wiadomości.

Od: Meli
"Byłam dziś u Ruth! Witaminki dostarczone, dokarmiłam ją dobrze."

"A tak po za tym to... Powodzenia! Wyskacz dla mnie jakieś dobre miejsce. Tęsknię."

Momentalnie uśmiechnąłem się do siebie. Co ten mały, piwnooki potworek ze mną robi?

Do: Meli

"Zrobię to jak należy, Pani Kierowniczko."

***

Jest i on. Wyczekany, wymęczony... Ale pojawia się, dzięki drogiemu Panu S. Mam nadzieję, że nadal tu jesteście. Enjoy xx

3/05/2017

Rozdział 8

Geiger
Właśnie zostałem zapoznany ze skalą focha Melissy Voller. Według niej, sprawa jest poważna. Przez pierwsze kilka dni postanowiłem zignorować to, że nie chce się do mnie odezwać, ani spotkać, bo niczemu winny nie byłem. To ona obraża się o byle co. Jednak po głębszej analizie (a uwierzcie, że była głęboka jak Rów Mariański), doszedłem do wniosku, że jest wiele czynników działających na moją niekorzyść. Dodatkowo, nie chciałem wyjeżdżać do Kuusamo bez pożegnania. Nie wiadomo, kiedy spotkamy się po raz następny. Najnormalniej w świecie, byłbym istnym idiotą, gdybym nie chciał utrzymać kontaktu z dziewczyną taką jak Melissa. Wiecie co jest najzabawniejsze? Uświadomiłem to sobie dopiero, gdy po drodze po schodach, nie miałem do kogo po drodze wpaść na herbatkę, ciasto czy nawet zwykłe "cześć" i "co tam?". Dlatego też, potrzebowałem super planu, by w końcu postanowiła się łaskawie odezwać. A jak pewnie doskonale wiecie, cel uświęca środki.

Do: Ingrid
"Potrzebuję pomocy."

Melissa

10 nieodebranych połączeń od: Karl

A niech dzwoni. Niech pisze SMS-y. Też nie będę się odzywać. Zresztą i tak szybko się poddał. Ingrid ani się słówkiem nie zająknęła. Toż to dopiero... Na szczęście już na za tydzień, zaplanowała wyjazd, tym razem na dużo dłużej. Jedzie do naszej mamy, do Durach. Wreszcie będę miała od niej święty spokój. Czasem też bym się chciała tak wyrwać od zaraz, ale niestety - trzyma mnie tu szkoła. Jednak tegoroczne święta planowałam spędzić właśnie z mamą. Może akurat wreszcie uda mi się przekonać do tego jej faceta? W końcu ponoć każdy zasługuje na drugą szansę, a wigilijne cuda się zdarzają.
Wracając, do wylotu chłopaków do Finlandii, zostało 2 dni. Dwa głupie dni, po których zostanę znów sama. Nie żebym teraz nie była... Bez tych ciołków będzie mi smutno. Przywykłam do nich. Muszę w jakiś sposób postarać się, żeby to wszystko odkręcić. Tylko nie chcę wyjść na łatwo poddającą się, o nie. W końcu jestem silna i niezależna.
W pewnym momencie Ingrid wpadła jak strzała do mojego pokoju.
- Czego znowu? - spytałam olewczo.
Była osobą, którą najmniej chciałam oglądać od kilku dni.
- Ubieraj się, idziemy.
Spojrzałam na nią jak na idiotkę. W sumie to jest to całkiem normalne.
- Gdzie niby?
- Zobaczysz.
- A co jeśli nie chcę nigdzie iść?
- Musisz - pociągnęła mnie za rękę, przez co spadłam z łóżka.
Nie miałam wyjścia. Moja ulubiona siostra nie chciała odpuścić. Byłam ciekawa, co tym razem chce mi zniszczyć. Może kolejną przyjaźń? Niechętnie, ale zarzuciłam na siebie cieplejszy płaszcz i martensy. Nie chciałam się do kompletu pochorować. W milczeniu szłyśmy nad strumyk, gdzie zawsze przychodziłyśmy jako dzieci, gdy rodzice zabierali nas do babci. Było tam kilka ławek. Ogołocone drzewa sprawiały, że miejsce wyglądało dość przygnębiająco. Na jednej z ławek siedział Karl... Uniósł spojrzenie na mnie, a ja tylko delikatnie zagryzłam wargi. Ingrid zaczęła powoli się wycofywać. Władowała mnie po uszy.
- Ja was tu zostawię. Nie pozabijajcie się tylko.
Wzięłam głęboki wdech. Miałam już zacząć przepraszać, wylewając z siebie wiele słów, byle by tylko nie był na mnie zły, ale ten głupek podszedł i mnie przytulił. Tak po prostu. Mocno. Poczułam dziwne ciepło, które sprawiło, że nie miałam absolutnie ochoty go puszczać.
- Jestem idiotą. Nie wiedziałem, że tak zareagujesz. Meli, ja Cię...
- To ja powinnam Cię przeprosić, głuptasie - pogłaskałam go po plecach - Jestem obrażalska i samolubna. Nie jesteś moją własnością, żebym mogła decydować z kim się możesz spotkać. Przepraszam, Karli.
- No, wróciła moja mała przyjaciółka... - powiedział z uśmiechem wymalowanym na twarzy.
Poczochrał delikatnie moje włosy i wypuścił z objęć.
- Będzie już dobrze? - spytałam cicho.
- Najlepiej - kiwnął głową i ruszyliśmy wolnym krokiem ku centrum miasta.

***

Oj, Boże... Przepraszam was za tą ogromną zwłokę czasową - przechodzę kryzys, życiowy i twórczy. Ale ósemka krzyczała aż do mnie, by wrzucić ją już dziś. Więc: Enjoy xx
Zostawcie po sobie ślad.

2/15/2017

Rozdział 7

Ruth Odkąd dowiedziałam się, że jestem w ciąży, tysiące myśli przeszły mi przez głowę. Mimo, że to dopiero drugi miesiąc, nie mogę się doczekać. Jedynie Andreas... Z początku był okropnie zagubiony. Widziałam, że jest niepewny tego, czy spełnieniem jego marzeń będzie zostanie ojcem w tym wieku. To wzbudziło we mnie strach, bo samotna 21-latka z dzieckiem... To niezbyt dobry pomysł. Rodzice nie zareagowali specjalnie entuzjastycznie, ale obiecali pomóc. Chociaż tyle. Kolejne popołudnie spędzałam nad książkami, próbując wyuczyć się na egzamin z ogrodnictwa. Nie było mi dane skończyć, bo mama zawołała, że ktoś do mnie przyszedł. Czyżby Andreas odnalazł w sobie resztki odwagi i odpowiedzialności? Nie pomyliłam się. Stał z bukietem kwiatów i pudełkiem czekoladek. Róże. Typowe, ale nadal piękne. - Ruth, ja wiem, że jestem debilem. Możesz mnie tak nazywać, możesz mi mieć za złe, że chciałem Cię zostawić. Ale obiecuję, nigdy więcej nie będę chciał tego zrobić. Kocham Cię, nasze dziecko też. Razem damy radę. Będę najlepszym tatą pod słońcem. Pokręciłam głową z uśmiechem wymalowanym na twarzy. - Oj, Andi... - zaśmiałam się i rzuciłam mu na szyję. Ciekawe po jakim czasie mu się znudzi...


Geiger Zaproszenie ze strony Ingrid bardzo mnie zaskoczyło. Miło, że sama zaproponowała spotkanie. Dawno nie spotkałem takiego typu dziewczyny. Melissa wiele o niej nie mówiła. Oczywiście prócz tego, żebym uważał na nią. Ale nie wydaje się jakoś specjalnie "groźna". Ładna, całkiem mądra. Czemu nie? - Miło Cię widzieć, Karl - uśmiechnęła się blondynka, siadając naprzeciw mnie. - Ciebie też. Czego się napijesz? - spytałem, jak na gentlemana przystało. - Cappuccino. Złożyłem zamówienie i wróciliśmy do konwersacji. - Jak to się stało, że nie złapaliśmy ze sobą większego kontaktu w Oberstdorfie? - zaczęła.
- Wiesz, treningi, zawody... Ale myślę, że możemy to nadrobić. - Chętnie - uśmiechnęła się. - Więc czym się zajmujesz poza tym skakaniem? - Lubię pływać, pograć w piłkę nożną. A Ty?
- Generalnie to nic ciekawego, zajmuję się tylko Charlotte. Czasem dorywczo gdzieś na przyjęciach pomogę, ale to sporadycznie.
- Lotta to bardzo urocze dziecko. Melissa kilka razy z nią przyszła.
I wiecie co? Chyba wywołałem wilka z lasu.

Od: Melissa
"Masz może czas?"

- Co tak siedzisz na tym telefonie? - zachichotała cicho Ingrid.
Momentalnie odłożyłem urządzenie i wlepiłem wzrok w stół. Więc nie odpiszę... Przygryzłem nerwowo wargę, wiedząc, że zaraz będę miał dwie, zdenerwowane na mnie, siostry Voller na głowie. Ingrid jednak ze spokojem postanowiła pociągnąć rozmowę. - Właściwie to... Może Ci powiem od razu. Pewnie myślisz, że Cię tu ściągnęłam w celach matrymonialnych. Tak z początku było. Jednak jako, że nie jestem taką suką, jak wszyscy myślą, chciałam po prostu wybadać teren. Melissa to moja młodsza siostra. Mimo, że często mamy spięcia i konflikty, to bardzo ją kocham. Jak się domyślasz, chcę dla niej jak najlepiej, co często kończy się różnie. Teraz mogę Ci powiedzieć tylko jedno - nie spieprz tego, Geiger.


Melissa Po powrocie z zajęć nie miałam nic do roboty. Nudziło mi się niemiłosiernie. Babcia pojechała z Lottą do parku, a Ingrid wyszła z kimś na kawę. Znów siedziałam sama w mieszkaniu. W pewnej chwili wpadłam na genialny pomysł. A może by tak... Do: Karl "Masz może czas?" Zero reakcji przez 10 minut. Generalnie, to do tego przywykłam. Ale nie odpowiadał przez kolejne i kolejne. Nie będę się go prosiła. Wykręciłam numer Bianki, by poinformować ją o moim przybyciu, w ciągu najbliższych kilkunastu minut. Przynajmniej u niej znajdę trochę uwagi. Ubrałam ciepłą kurtkę i glany, po czym standardowo wyszłam z mieszkania, zamykając je na klucz. Wyruszyłam w drogę, powoli przemierzając centrum miasta. Wstąpiłam jeszcze do sklepu, po czekoladę i jakieś tanie wino. Babskie popołudnie to babskie popołudnie. Szybko dotarłam pod mieszkanie przyjaciółki. Jak zwykle, otwarte. Pewnie nauczy się dopiero, gdy ją kiedyś okradną... - Lisa! I takie wyposażenie rozumiem! - krzyknęła, przytulając mnie w korytarzu. - Idź do salonu, ja idę po kieliszki. Posłusznie rozłożyłam się na jej dużej kanapie, odchylając głowę do tyłu. Przymknęłam oczy, ale nie na długo. Siedzisko podskoczyło, więc wiedziałam, że moja towarzyszka już przyszła. - Co tam, jak tam? - zaczęła energicznie, nalewając do kieliszków napój. - Generalnie jest do dupy. - Ingrid? Pokiwałam tylko głową. Niemiłosiernie działa mi na nerwy. - Jeszcze sobie z kimś dziś na kawę wyszła. Znalazła sobie niańki do dziecka to korzysta - westchnęłam z poddenerwowaniem. - Lisa... - dziewczyna przygryzła wargi. - Wiesz z kim poszła? Spojrzałam na nią z zaciekawieniem. - To ktoś, kogo znam? Wahała się, jakby miała zdradzić co najmniej tajemnicę wagi państwowej. - Zobacz na jej snapchacie. Szybko wzięłam do ręki telefon. Coraz bardziej mi się to nie podobało. Odpaliłam aplikację, włączając MyStory mojej siostry. Gdy tylko to zobaczyłam, uśmiechnęłam się pod nosem. - Super. Fajnie. Genialnie! - krzyknęłam, niemalże rzucając urządzeniem. - Melissa, spokojnie. Błagam. - Doskonale wie, jak mnie wkurzyć. Poszło jej świetnie. - Miśku... - szepnęła, przytulając mnie. - Niech się dobrze razem bawią - rzuciłam, wtulając się w Biankę.



***

Bardzo duże opóźnienie, ale miałam natłok wszystkiego. Wynagrodzę wam to, obiecuję. Mam nadzieję, że jako tako przejdzie. Zostawiam Was z waszymi przemyśleniami. Podzielcie się w komentarzu! Enjoy xx

2/05/2017

Rozdział 6

Melissa
Stojąc na tych schodach, czułam jak wstyd rozpala mnie do czerwoności. Gdyby Lotta nie była tak słodką i niewinną blondyneczką, to byłoby źle. Za to Wellinger nie jest słodki i niewinny, choć blondyn, więc w bliżej nieokreślonym czasie, w moim notatniku będzie widniał na pierwszym miejscu listy do odstrzału. Z moich ust poleciało ciche scheiße, ale szybko ugryzłam się w język, po przypomniałam sobie, że nadal trzymam na rękach dziecko, które jeszcze by się nauczyło kląć jak ciotka.
Sytuację uratował Karl, który uścisnął dłoń małej Charlotte.
- Tak, jestem wujek Karl. Miło mi - uśmiechnął się promiennie.
- A ja jestem wujek Andreas! - obudził się w porę Wellinger.
- No, już szczęśliwa? To idziemy do mamy. Chyba dość już podróży na dziś - wtrąciłam szybko, wymijając chłopaków na schodach.
Już miałam wchodzić do mieszkania, gdy usłyszałam jeszcze swoje imię.
- Meli - zawołał Geiger. - Za godzinę u nas?
- Zgoda - skinęłam głową i opuściłam klatkę schodową.



Geiger
Podłamany Wellinger, to zły Wellinger. Przekonałem się o tym już wiele razy, ale teraz to było istne apogeum. Usłyszałem już chyba wszystkie wersje jego pesymistycznych planów. Biedna Ruth, potrzebuje wsparcia, a dostaje same bury od tego cioty. Dlatego potrzebowaliśmy rady Meli. To znaczy, on potrzebował. Dziewczyna na szczęście przyszła z pomocą w czas, szybko rozsiadając się na kanapie.
- Więc? - spytała, spoglądając na mnie pytająco.
- Niech Andi ci opowie, co zmajstrował... - westchnąłem głośno, krzyżując ręce na piersi.
- Umieram z ciekawości!
Wellinger usiadł na skraju fotela, nerwowo bawiąc się palcami. Pokręcił głową, więc zmuszony byłem kontynuować za niego. Świetnie.
- Sprawił sobie małego Wellingera lub Wellingerkę. Ba, żeby było mało: Chce zostawić Ruth albo dać jej pieniądze na usunięcie dziecka.
Obserwowałem spokojnie reakcję przyjaciółki. Oczy jej się powiększyły chyba ze 3 razy, a usta otwarły. Chyba ktoś tu też nie wie, co powiedzieć. - Zaskoczyłeś mnie, Andreasie Wellingerze. Rozumiem, że jesteś w szoku, w końcu nie codziennie dowiaduje się o tym, że będzie się miało pierwsze dziecko.
Zaczęła tak spokojnie, że aż pomyślałem, że podmienili mi moją Melissę. Szybko jednak wszystko wróciło do normy. Uff.
- Jednak... Czy ty jesteś do jasnej pały normalny?! Chcesz ją zostawić? Samą, na pastwę losu? Albo zabić dziecko? To jest chore. Jesteś głupi.
Obserwowałem z zaciekawieniem jej wybuch. Wygląda tak zabawnie, gdy się denerwuje.
- Melissa... - szepnął Wellinger.
- Pchałeś w nocy, pchaj i w dzień, mój drogi.
- Ale... jak sobie z tym poradzimy?
- Nauczycie się po prostu normalnego, ludzkiego życia. Amen.
Miałem ochotę wstać i zacząć klaskać. Co jak co, ale słowa Melissy były wyjątkowo dobitne i chyba do tego ciołka dotarły. Ze łzami w oczach wstał i ją przytulił. Ach, słodko.
- Zawsze możecie na mnie liczyć, jeśli będziecie czegoś potrzebować - szepnęła.
Aż żal było się nie dołączyć.
- Nie zapominajcie też o najlepszym wujku Karlu!


Ingrid
Ten rudowłosy chłopak mnie zaintrygował. Wydaje mi się, że skądś go kojarzę. Nie tylko z telewizji, ale możliwe, że ze szkoły... Tak! Był taki! Nawet mój rocznik.
Ciekawe, po co tak pilnie potrzebowali mojej siostrzyczki. Ona teraz taka jakby podniesiona na duchu chodzi. Wydaje mi się, że coś wisi w powietrzu. Jednak może... Chyba powinnam wybadać teren.
Przystojny jest.
Miły też się wydaje.
Dobry materiał.
Tylko na kogo?

Z rozmyślań wybudził mnie donośny głos babci, przebywającej w kuchni.
- Wnusiu, kawa mi się skończyła! Skoczyłabyś może do sąsiadów po kilka łyżeczek? Melissa jest w szkole, a ty jesteś szybciutka.
Idealna okazja. Będzie 1:0 dla Ingrid.
- Pewnie babciu!
Nie zwlekając, wyszłam z mieszkania, szybko truchtając po schodach ze szklanką w ręku. Po krótkiej chwili stałam już pod mieszkaniem numer 7. Zapukałam delikatnie, a drzwi otworzył mi właśnie Karl. Lepiej być nie mogło.
- Czy mogłabym pożyczyć trochę kawy?
- Pewnie. Wejdź - uśmiechnął się promiennie.
Chyba już wiem, co młoda w nim widzi.
- Ładnie tu macie. Mimo, że chyba brakuje wam tu kobiecej ręki.
- E tam brak! Dajemy radę. Czasem pomoże moja siostra, czasem dziewczyna Andiego. Melissa też bardzo lubi przerządzać i ustawiać - stwierdził, a po chwili zatrzymał się, jakby o czymś zapomniał. - Przepraszam, że tak z głupa, ale Ty masz na imię Ingrid, prawda?
- Owszem. Ten krasnal już pewnie o mnie naopowiadał?
- Wspominała kilka razy, oczywiście z pozytywnym wybrzmieniem - zaśmiał się. - Ale skądś jeszcze cię kojarzę, przypominasz mi kogoś... Chodziłaś przez jakiś czas do szkoły w Oberstdorfie?
- Tak, całą pierwszą klasę szkoły średniej. Też właśnie skojarzyłam Twoją twarz, najwidoczniej poprawnie.
Nim się obejrzałam, minęło już dobre dziesięć minut, a od co najmniej pięciu, na stole stała napełniona kawą szklanka. Podziękowałam ładnie i skierowałam się do wyjścia. Stop. Odwróciłam się szybko.
- Wiesz... Może kiedyś pójdziemy na kawę? - palnęłam nagle.
- Czemu by nie?
No i pięknie, Ingrid.



***


Z małym opóźnieniem, ale planowo wjeżdża jeszcze w niedzielę. Miałam mały kryzys, ale podołałam. Zachęcam do komentowania, podsyłania innym jeśli się nadaje... Będzie mi bardzo miło :) Enjoy xx
PS. Linki do swoich aktualizacji proszę zostawiać w SPAMie. Wpadnę, gdy tylko znajdę czas!