Geiger
Był dość ciepły dzień, 6 października. Podążałem właśnie po schodach do swojego wynajmowanego mieszkania w Monachium. W końcu student gdzieś mieszkać musi, prawda?
Dotarłem do drzwi, poszukując w swym plecaku kluczy. Standardowo, były gdzieś na dnie, pomiędzy kupą niepotrzebnych rzeczy. Zupełnie jak w damskiej torebce, tyle, że w wersji... Męskiego plecaka?
Otworzyłem i powoli wszedłem do środka, odwieszając kurtkę. Usiadłem na sofie, z niezwykłą ulgą wymalowaną na twarzy. Wreszcie mógłem chwilę odpocząć. Choć... Niekoniecznie. Z piętra wyżej, jak co dzień od jakichś dwóch tygodni dobiegały piosenki Rammstein. Cały czas zastanawiałem się czyja to może być sprawka, gdyż pani Brauch, czyli mieszkająca tam starsza kobieta, nie wyglądała zbytnio na osobę, którą pociągałby metal. Jednak ta muzyka wcale mi aż tak nie przeszkadzała. W gruncie rzeczy, sam jestem ich fanem. Przymknąłem oczy, by delektować się kolejnymi kawałkami, jednak szybko Morfeusz pochwycił mnie w swe sidła. Nie trwało to długo.
- Karl! KARL! - usłyszałem głos i poczułem, że ktoś mną potrząsa. - No, Geiger! Wreszcie księżniczka wstała.
Przede mną stał nie kto inny, lecz Andreas Wellinger we własnej osobie. Kolega po fachu, spod jednego dachu.
- Co powiesz na mały wypad na piwo? Miałem ciężki dzień i potrzebuję się rozluźnić.
- Właściwie to czemu nie? - uśmiechnąłem się, unosząc ramiona ku górze.
Przeciągnąłem się i ruszyłem, by zarzucić coś na siebie. Ta jesień zdecydowanie nie była ciepła. Gdy tylko wychodziło się z mieszkania, uderzało arktyczne powietrze, powodujące uczucie bycia kostką lodu. A to dopiero początek oziębiania się pogody...
- To co Cię tak dziś "zestresowało"? - spytałem, podśmiechując się pod nosem.
- Na moim miejscu byś się nie śmiał - powiedział Andreas z grobową miną, karcąc mnie spojrzeniem.
- Przepraszam, czy coś - mruknąłem.
- Pamiętasz jak opowiadałem Ci o tej imprezie i tym, że Ruth i ja...
- No pamiętam, byłeś taki rozentuzjazmowany, że przez kolejne dwa dni nie zamykała Ci się kła... - urwałem, bo w tej chwili zdałem sobie sprawę o czym może mówić mój kumpel. - ...o nie. Powiedz mi, że to nie jest to o czym właśnie pomyślałem.
- Okres jej się spóźnia... Ale pójdziemy do lekarza. A co jeśli jest w ciąży? Boże Karl, w co ja się wpakowałem - westchnąłem głośno, spuszczając głowę.
- No Wellinger, władowałeś się po uszy.
Melissa
Skargi i zażalenia sąsiadów w Durach? Codzienność. Aż przestałam za tym tęsknić, po wyprowadzce do Monachium. Osiedle dość spokojne, mieszkanie duże, babcia karmi, a nieprzyjemnych sąsiadów pod drzwiami jak nie było, tak nie ma. Żyć nie umierać! Choć i tak nie spędzałam tu porażająco dużo czasu. Studia, studia, studia... No i po co to komu? A jak już byłam, to po swojemu. Rammstein leciało z moich głośników na okrągło. I nadal nie było żadnego sprzeciwu...
- Melisso, gdzie idziesz? - spytała babcia, spoglądając na mnie z salonu.
- Przejść się, tu i uwdzie.
- Tylko proszę, uważaj na siebie. Ostatnio kilka typów spod ciemnej gwiazdy kręciło się po osiedlu.
- Nie dramatyzuj babciu, poradzę sobie - wymamrotałam, machając lekko ręką, w geście olania sprawy.
Szybko wyszłam z mieszkania i zbiegłam po schodach. Po otworzeniu drzwi od klatki, uderzyła mnie fala zimna. Już czułam, że chcę wrócić do nagrzanego mieszkania. Mimo wszystko, ruszyłam dalej, ku centrum miasta. Moje oczy wyłapywały wiele szczegółów, zwłaszcza coraz to ciekawsze zabytki architektury, które były ozdobą Monachium. Wychodząc z cichej, osiedlowej alejki wkroczyłam na zatłoczoną Bayerstraße, na której mieścił się klub, do którego zmierzałam.
- Lisa! Lisa! - usłyszałam czyiś głos z boku.
Już po chwili obok mnie stała Bianka Schloss, dziewczyna z którą chodziłam na zajęcia. Uśmiechnęłam się pogodnie do niej.
- Nie wiedziałam, że lubisz taką formę rozrywki - zaśmiała się cicho.
- Jeszcze dużo o mnie nie wiesz - poczochrałam ją po włosach.
Mimo tego, że znałyśmy się stosunkowo krótko, była jedną z nielicznych osób, które zdobyły moją sympatię. To nie tak, że jestem aspołeczna. Po prostu niektórzy nie wpisują się w moje upodobania i irytują mnie nawet swoim bytem.
- Chodź do środka - skinęłam ku wejściu.
Pokręciła głową i wyciągnęła z kieszeni paczkę papierosów, biorąc jednego do ust, a resztę wysuwając ku mnie.
- Jak częstujesz, to chętnie - uśmiechnęłam się, wyciągając papierosa.
Odpaliłam i po chwili delektowałam się tytoniową "trucizną".
Geiger
Znów skończyło się tak, że Wellinger zaciągnął mnie do klubu. Ah, ten człowiek nie ma żadnych zahamowań, jeżeli chodzi o dobrą zabawę.
- Chcesz drinka? - spytał, gdy zbliżaliśmy się do baru.
- Oczywiście - skinąłem głową z uśmiechem.
Zdjąłem szybko kurtkę i poszedłem zająć nam miejsce przy jednym ze stolików. Pełna wdzięku szatynka pomachała do mnie ręką.
- Karl! Nie gadaj, że ten szczyl cię wreszcie wyciągnął - zaśmiała się, gdy tylko usiadłem obok niej.
- Tak, Margot. Dziś był wyjątkowo przekonujący.
- Cieszy mnie to niezmiernie. Może wreszcie kim się zainteresujesz.
- Phi, Karl miałby kogoś wyrwać - wtrącił Wellinger, który w tej samej chwili przybył do stolika.
- A o co idziesz, że da radę? - rzuciła Margi.
- Flaszka.
- Stoi.
- Świetnie jest być obiektem zakładu... - mruknąłem cicho, kręcąc głową bez przekonania.
- A drugą ofiarą będzie... - przymrużyła oczy dziewczyna, próbując wytypować jakiś cel. - Tamta. Szatynka we flanelowej koszuli.
***
Trochę wyczekane (trochę, mhm), ale pod wpływem dobrej chwili się pojawia. Motywujcie komentarzami, to pomaga, a tym czasem uciekam, zostawiając Was z możliwym niedosytem.
Enjoy xx
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Skomentuj - nie bój się, to tylko motywuje do dalszej pracy ;)