Melissa
Nie miałam zielonego pojęcia o imprezowych możliwościach Bianki. Ta dziewczyna miała głowę jak ze stali... W chwili, gdy mnie już można by było zbierać z podłogi, ona jeszcze twardo twierdziła, że jest tylko delikatnie wstawiona. Może to ze mną jest coś nie tak?
Podeszłam do baru, by poprosić o hasło do Wi-Fi, od razu czując na sobie spojrzenie chłopaka, który akurat odbierał swoje zamówienie.
- Pijesz coś? - spytał, wyrywając mnie z letargu.
- Nie, nie. Ja dziś tylko symbolicznie - uśmiechnęłam się lekko.
Odwzajemnił, a ja ukradkiem zerknęłam na jego twarz.
Młody.
Brzydki nie był.
Całkiem wysoki.
Chuderlak jak się patrzy.
Moja babcia, to by go pewnie wykarmiła za wszelkie czasy.
Po chwili mogłam oglądać jednak tylko jego plecy. Dopadła mnie od tyłu Bianka i pociągnęła w stronę parkietu.
- Lisa, gburku mój mały - mruknęła, tarmosząc mnie za policzki.
Nienawidziłam, gdy ktokolwiek dotykał mojej twarzy, bez uprzedniej zgody.
- Bianka, chyba będziemy się już zbierać - stanowczo zarządziłam, ciągnąc ją za rękę, w stronę szatni.
- Jeszcze nie, jeszcze nie! - pisknęła, pełna radości, spoglądając na chłopaka, który bawił się z nią przez ostatnie godziny.
Nie miałam już żadnych oporów, przed wyciągnięciem jej z klubu. Musiałam jeszcze zaprowadzić ją pod samiutkie mieszkanie, które generalnie daleko nie było, ale totalnie mi nie po drodze. Narzuciłam na nią kurtkę, by się biedna nie rozchorowała i ruszyłyśmy w stronę jej osiedla.
- Myślisz, że Hans mnie jeszcze kocha? - wymamrotała, mało inteligentnie.
- To chyba nie czas na takie rozmowy. Zresztą to twój były, więc są szanse, że nie.
- Mhm - mruknęła, kiwając głową bez przekonania.
Resztę drogi przebyłyśmy w milczeniu, które było aż dziwne jak na nas. Wolałam jednak zduszać w zarodku wszelkie pijańskie zaśpiewki Bianki.
- Dajesz Lisa, śpiewaj ze mną! Niech całe Monachium nas usłyszy!
Dość szybko dotarłyśmy pod jej mieszkanie. Wyciągnęłam z jej torebki klucze do klatki i do mieszkania. Starałam się zachowywać jak najciszej, zważając na porę i sąsiadów dziewczyny, którzy ponoć nie byli aż tacy przychylni jak moi. Wprowadziłam ją do pokoju i cicho się z nią pożegnałam.
- Bądź grzeczna i idź już spać.
Zamknęłam za sobą drzwi, wyruszając w drogę do siebie. Ciemne uliczki sprawiały wrażenie jeszcze gorsze niż zwykle. Wokół nie było chyba żadnej żywej duszy. Postanowiłam na chwilę przystanać na "palarni" i zapalić. Szybko przyczepiła się do mnie grupka dość nabuzowanych osiedlowych huliganów. Super Melissa, już po tobie.
- No lala, widzę czarny pas w obciąganiu! - rzucił szyderczo jeden, spoglądając na mój choker.
- Spierdalaj.
Nosz cholera by go wzięła. Postanowiłam dalej nie reagować, spokojnie biorąc kolejne buchy. Komentarze jednak nie ustawały, a ja robiłam się coraz bardziej zdenerwowana.
- No to może spróbujesz swoich sił na mnie, mała szmato?
- Szmata, to conajwyżej stoi tam dalej, obok twojego kolegi - uśmiechnęłam się szyderczo, gasząc papierosa.
On zbliżał się do mnie. Mimo, że starałam się ruszyć już dalej, coś paraliżowało mnie od środka. Gdy tylko zaczął obnażać swoje przyrodzenie, jak ze strzały pojawił się przechodzień. Chwała Panu. Zaniepokojony spojrzał na sytuację, szybko łapiąc mnie za rękę.
- Odpierdol się od niej - syknął, ciągnąc mnie w drugą stronę stronę.
Wyciągnął swój telefon z kieszeni, udając, że dzwoni na Policję. Niby głupie, ale jednak nie do końca. Dopiero po kilku chwilach, mając pewność, że znajdujemy się w bezpiecznej odległości, zelżył uścisk. Teraz mogłam się przyjżeć dokłakładniej jego twarzy. To cholera był on.
- Może jakieś dziękuję? - zaśmiał się, próbując rozluźnić atmosferę między nami.
- Jeśli uważasz, że rzucę Ci się teraz na szyję i wycałuję, to się mylisz. Jednak to nie zmienia faktu, że powinnam Ci być wdzięczna. Więc... Dziękuję - kiwnęłam lekko głową.
Geiger
Nie chciałem siedzieć w tym klubie jakoś wielce długo, więc wyszedłem w okolicach 2. Margot niech sobie sama radzi z nachlanym Wellingerem. Możecie teraz powiedzieć, jaki to jestem okropny, mało empatyczny, łełełełe... Jak mogłem zostawić współlokatora na pastwę losu... Ale po prostu mi się nie chciało znowu go prowadzać, a Margi doskonale wie, co powinna zrobić, a czego nie.
Wędrowałem sobie więc ku mojemu osiedlu. Było bardzo ciemno, ale czego innego miałbym się spodziewać po październikowej nocy? Słyszałem tylko szuranie moich adidasów o betonowy chodnik. Do pewnego momentu. Rzuciła mi się w oczy grupka dość zabawnego gatunku, dresus wpierdolus pospolitus, zaczepiający jakieś biedne dziewcze. O, to ta z klubu. Aż mi się jej szkoda zrobiło. Widziałem, co może się stać, gdybym nie zareagował. Zesztywniała ze strachu, a ja po prostu musiałem coś zrobić. No Geiger, przynajmniej to Ci w życiu może wyjdzie... Chwyciłem jej nadgarstek, ciągnąc ją w stronę w którą i tak chyba oboje zmierzaliśmy. Użyłem też typowego chwytu - udawania dzwonienia po psy. Nie sądzę, by to jakoś wielce zadziałało, bo i tak nic im nie zrobią, ale nadzieja umiera ostatnia. (Nadzieja matką głupich, Karl). Miło, że chociaż podziękowała. Upomniałem się co prawda o to, ale cóż. Ten fakt w mojej historii pomińmy. Niezręczność zagościła między nami ponownie.
- Mogę Cię choć spytać o imię? - rzuciłem.
Stwierdziłem, że nie mam nic do stracenia.
- Melissa - powiedziała dość cicho.
- Karl.
Podaliśmy sobie dłonie. Jej była taka zmarznięta.
Na szczęście już zbliżałem się do mojej klatki. O dziwo, też zmierzała w tą samą stronę.
- Nie musisz mnie odprowadzać pod sam blok, nie chcę, żebyś wiedział, gdzie mieszkam.
- Obawiam się, że to nieuniknione, bo chyba właśnie się okazało, że jesteśmy sąsiadami. Jestem spod piątki.
Otworzyła szeroko buzię, będąc w głębokim szoku.
- No nie wierzę. Siódemka.
Zaśmiałem się, odgarniając włosy.
- Więc fanka Rammstein, to ty?
***
Tadam. W prezencie na Wigilię dostałam wenę, więc leci i on. Mam nadzieję, że bez zastrzeżeń.
Enjoy xx
Kocham, kocham, kochaaaaaam. Czekam na kolejny wiesz o tym
OdpowiedzUsuńKoleżanka z konfy xx